Stoję w tej sali od lat. Czasem mam wrażenie, że widziałam więcej niż niejeden nauczyciel, dyrektor i szkolny woźny razem wzięci. Nie pytajcie, ile razy zmieniano przede mną program nauczania. Ile razy przestawiano ławki. Ilu uczniów obiecywało, że od jutra naprawdę zaczną się uczyć.
Od jutra. To jedno z najczęściej wypowiadanych w szkole słów.
Jestem tablicą. Kiedyś zwykłą, zieloną, pachnącą kredą. Dziś, nowoczesną, multimedialną, interaktywną i podobno inteligentną. Przyznam szczerze, że czasami mam co do tego ostatniego pewne wątpliwości.
Kiedyś wszystko było prostsze. Nauczyciel brał kredę, pisał temat lekcji, uczeń podawał gąbkę, a po dzwonku wszyscy wiedzieli, co robić. Dzisiaj najpierw trzeba włączyć komputer, uruchomić projektor, znaleźć odpowiedni kabel, zalogować się, sprawdzić połączenie z internetem, a potem jeszcze odnaleźć pilot.
Pilot! Gdyby ktoś kiedyś napisał książkę pod tytułem „Tajemnicze zniknięcie pilota ze szkolnej sali”, mogłabym być głównym świadkiem. Widziałam już niejedno. Pierwszoklasistów, którzy pierwszego dnia szkoły siedzieli prosto jak struny i patrzyli na nauczyciela z takim przejęciem, jakby za chwilę miał zdradzić im największą tajemnicę świata. Po kilku miesiącach ci sami uczniowie potrafili już zapytać: – Proszę pani, a długo jeszcze?
Widziałam klasówki pisane z miną skazańca. Kartkówki, o których „nikt nie wiedział”. Sprawdziany, które, pojawiły się zupełnie niespodziewanie, choć nauczyciel zapowiadał je od trzech tygodni. Słyszałam też pytanie, które chyba nigdy nie wyjdzie z mody: – Czy to będzie na ocenę?
Oczywiście widziałam również nauczycieli. I to jest dopiero ciekawa grupa ludzi. Codziennie stają przede mną i próbują zainteresować klasę historią, matematyką, językiem polskim, przyrodą czy fizyką. Czasami mówią do trzydziestu osób, z których jedna pilnie notuje, druga patrzy przez okno, trzecia szuka długopisu, a czwarta właśnie przypomina sobie, że zostawiła drugie śniadanie w domu.
Nauczyciel musi mieć oczy dookoła głowy. Jednym okiem czyta pracę ucznia, drugim sprawdza, kto rozmawia, a trzecim, którego oczywiście oficjalnie nie posiada – zauważa, że ktoś właśnie próbuje dyskretnie zjeść kanapkę pod ławką.
Bywa nauczycielem, wychowawcą, psychologiem, mediatorem, organizatorem wycieczek, specjalistą od zaginionych kurtek i ekspertem od rozwiązywania konfliktów o długopis.
Najbardziej lubię ostatnie minuty lekcji. Wtedy nauczyciel próbuje jeszcze dopisać ostatnie zdanie, wyjaśnić najważniejszą rzecz i podsumować temat. A uczniowie już wiedzą, że za chwilę przerwa. Niektórzy zaczynają pakować książki tak wcześnie, że człowiek mógłby pomyśleć, iż właśnie rozpoczyna się ewakuacja szkoły. A potem rozlega się dzwonek.
I nagle wszystko się kończy. Albo zaczyna. Bo za chwilę do sali przychodzi kolejna klasa, kolejny nauczyciel i kolejna historia. Ktoś czegoś zapomniał. Ktoś się spóźnił. Ktoś nie odrobił pracy domowej, ponieważ – jak twierdzi – pies zjadł zeszyt. Przyznam, że przez te wszystkie lata nie widziałam ani jednego psa na lekcji, ale zeszyty rzeczywiście czasami znikały w tajemniczych okolicznościach.
Zmieniały się czasy. Zmieniały się szkolne programy, dyrektorzy, podręczniki i uczniowskie fryzury. Kredę zastąpiły pisaki, komputery i ekrany. Zmienił się nawet sposób szukania odpowiedzi: kiedyś zaglądało się do encyklopedii, dziś wystarczy sięgnąć po telefon. No właśnie, telefon… Tylko że teraz nie zawsze można do niego zerknąć. Zwłaszcza podczas lekcji. Wtedy nawet najbardziej niewinne sprawdzenie godziny może skończyć się pytaniem: – Czy coś jest ważniejsze od tego, co właśnie tłumaczę?
Jedno jednak pozostaje bez zmian. Przed klasą nadal stoi nauczyciel. Czasem zmęczony, czasem rozbawiony, czasem cierpliwy, a czasem cierpliwy już trochę mniej. Ale codziennie próbuje przekazać coś więcej niż tylko kolejną definicję czy wzór. I może właśnie dlatego najbardziej lubię zwykłe lekcje. Takie, podczas których ktoś czegoś nie wiedział, a potem nagle zrozumiał. Ktoś nie wierzył, że potrafi, a jednak mu się udało. Ktoś zadał pytanie, na które nawet nauczyciel musiał chwilę pomyśleć. Bo szkoła to przecież nie tylko tablica, ławki i dzwonek. To przede wszystkim ludzie.
A z okazji Dnia Edukacji Narodowej wszystkim Nauczycielom życzę, jako tablica, która widziała już naprawdę wiele – jak najwięcej uczniów, którzy słuchają, jak najmniej zaginionych pilotów i przede wszystkim dużo cierpliwości.
Bo kreda może się skończyć. Internet może przestać działać. Telefon może kusić, żeby zajrzeć do niego choć na chwilę, a dzwonek może zadzwonić za wcześnie. Ale dobry nauczyciel zawsze zostaje w pamięci. Nawet wtedy, gdy dawno zmazano już temat lekcji z tablicy.
Tablica

Gazeta Lubońska – portal mieszkańców Lubonia


