Strona główna / Aktualności / Minął już rok…

Minął już rok…

Minął już prawie rok, odkąd na łamach „Gazety Lubońskiej” (czytaj: „GL” 04-2022, s. 6) wydrukowano te słowa: „Alona ma niespełna 40 lat, dwójkę dzieci i jeszcze do niedawna mieszkała w Czernihowie. Jest doktorem habilitowanym, profesorem Politechniki Czernihowskiej, specjalizującym się w sprawach społecznych. Wielokrotnie spotykałyśmy się na konferencjach naukowych, sympozjach, warsztatach. Wspólnie badałyśmy świadomość ekologiczną studentów w Polsce i na Ukrainie. Zawsze uśmiechnięta, płynnie mówiąca po polsku i angielsku, pełna pomysłów i pasji. 24 lutego wszystko się zmieniło…”.

Kiedy tamten numer gazety trafił do rąk czytelników, Alona wraz z rodziną (siostrą z dziećmi i mamą) mieszkały już w udostępnionym im mieszkaniu i zaczynały powoli odzyskiwać siły, nie tylko te fizyczne. Coraz rzadziej śniły im się obrazy z podróży, choć babcia wciąż powtarzała, że codziennie śni o Ukrainie, o Czernihowie, o swoim domu. Wspólnie snułyśmy plany, jak po zakończeniu wojny pojedziemy do nich, zobaczymy miasto, które tak kochają, poznamy mężów, przyjaciół, psy. Jak nasze dzieci pójdą na plac zabaw koło ich domu, jak spróbujemy ich barszczu z ukraińskiej kapusty i ziemniaków, pooddychamy ich powietrzem, podobno świeższym i czystszym. Siostra Alony fundowała nam nawet przedsmak tych opowieści, przygotowując jako podziękowanie za pomoc ukraińską specjalność, jaką jest zefir. Taki deser, coś pomiędzy ptasim mleczkiem a ciastem na zimno z mleka skondensowanego i galaretki (choć w sumie sama nie wiem, czy tak naprawdę podobne do któregoś z nich). Babcia w tym czasie smażyła kolejną porcję „blincików” (czyli naleśników), stawiając je z dumą na stole. Nie wiem dlaczego, ale pomyślały, że ja naprawdę bardzo, bardzo lubię naleśniki.

Od tego czasu minął rok. Długi, trudny rok. Na początku lata Alona dostała stypendium w Oksfordzie, gdzie wyjechała z całą rodziną. Tam wcale nie było łatwiej. Jeszcze dalej od domu, od ukochanych mężów, ojców, zwierząt i przyjaciół. Jeszcze dalej od życia. Mimo wszystko dziewczyny się nie poddawały, dzieci zaczęły chodzić do brytyjskiej szkoły, jednocześnie kontynuując naukę on-line na Ukrainie, Alona podjęła pracę. Tęsknota okazała się jednak silniejsza – zarówno mama jak i siostra Alony zdecydowały się pod koniec wakacji wrócić do Ukrainy. Tak trudno było im się odnaleźć w kraju o tak innej kulturze (jak się okazało, w Polsce czuły się znacznie lepiej), innym klimacie (dzieci nieustannie chorowały), ale także systemie opieki, rynku pracy, a nawet tak innych zasadach ruchu drogowego (choć Alona całkiem szybko je opanowała). Dziś jej mama i siostra próbują żyć w miarę normalnie w rodzinnym mieście. Wojenna zawierucha jest nieco dalej od nich, więc tylko alarmy lotnicze, przerwy w dostawach prądu czy wody i komunikaty w telewizji przypominają, że wciąż nie jest bezpiecznie. Że wciąż nie padło w tej wojnie jeszcze ostatnie słowo. Ich mężowie pracują w strukturach wojska i wymiaru sprawiedliwości, więc nieustannie są postawieni w stan wyższej gotowości. Niejednokrotnie wyjeżdżają pełnić służbę w innych miastach i regionach. Wciąż nie mogą wyjechać z kraju, nawet po to, aby spotkać się z rodziną.

Teraz gdy większość obywateli Ukrainy z sąsiedztwa albo się usamodzielniła, albo postanowiła wyjechać dalej lub wrócić w rodzinne strony, kiedy największe fale uchodźców wydaje się, że przetoczyły się przez nasz kraj, być może trochę o nich zapomnieliśmy. Spotykamy ich w sklepie, kiedy stoją przy kasie lub za ladą stoiska z wędlinami, w szkole, kiedy odbierają dzieci, na placu zabaw czy w centrum handlowym. Może u kogoś myją okna, sprzątają w domu lub dostarczają ręcznie robione pierogi. Wciąż są jednak obok i choć może nie potrzebują już tak bardzo pomocy rzeczowej, to jednak dobrze, aby poczuli się tu nieco lepiej. Aby mogli z nami porozmawiać, choćby o pogodzie czy o tym, jak minął dzień. Aby ich dzieci czasem wpadły do naszych pograć wspólnie na tablecie lub komputerze, aby poczuli, że nie są aż tak bardzo obok, a są choć trochę jednymi z nas.

Anna Bernaciak

Anna Bernaciak i jej przyjaciele z Ukrainy. Od lewej: Alona z synem Jarosławem na kolanach, Alla, Anna Bernaciak i babcia Julia fot. Zb. Anny Bernaciak

Redakcja GL

Gazeta Lubońska - niezależne pismo i portal mieszkańców Lubonia.

Sprawdź również

Uczestnicy jednej z poprzednich edycji biegu fot. Anna Strojna

Bieg Tropem Wilczym

W niedzielę, 3 marca w Lasku Majońskim przy ul. Armii Poznań 51 B Stowarzyszenie Odra-Niemen …

Rekrutacja do lubońskich przedszkoli publicznych

  Szanowni Państwo, od 26 lutego do 8 marca 2024 roku będzie trwała elektroniczna rekrutacja …

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *