Elektromechanik/mechanik - autostrada A2 - oferta pracy -  Kotowo WGN Nieruchomości Berdychowski Volkswagen - Nowy T-Roc
Strona główna / Aktualności / W obliczu wojny

W obliczu wojny

Otwieramy serca i domy

Z wojennego pamiętnika

Alona ma niespełna 40 lat, dwójkę dzieci i jeszcze do niedawna mieszkała w Czernihowie. Jest doktorem habilitowanym, profesorem Politechniki Czernichowskiej, specjalizującym się w sprawach społecznych. Wielokrotnie spotykałyśmy się na konferencjach naukowych, sympozjach, warsztatach. Wspólnie badałyśmy świadomość ekologiczną studentów w Polsce i na Ukrainie. Zawsze uśmiechnięta, płynnie mówiąca po polsku i angielsku, pełna pomysłów i pasji. 24 lutego wszystko się zmieniło…

24 lutego 2022, 1. dzień wojny

– Alona, co u Was? Wszystko w porządku? Jesteście bezpieczni?

Alona odpisuje, że są w domu, choć coraz bardziej się denerwują. Sąsiedzi mówią, że już 100 km od ich miasta widziano rosyjskie czołgi. Zapewniam, że bardzo mocno o nich myślimy. Gdyby czegoś potrzebowali, zawsze mogą na nas liczyć. Wtedy jeszcze jestem przekonana, że cywilom nic nie grozi. Alona dziękuje.

25 lutego 2022, 2. dzień wojny

Jesteśmy po rozmowie z mężem. Piszę do Alony, że gdyby musieli uciekać, zawsze mogą przyjechać do nas. Możemy po nich jechać nawet na granicę. Alona dziękuje, ale obawia się, że nie będzie w stanie dotrzeć do Poznania. Droga prowadzi tylko przez Kijów, a tam jeszcze gorzej niż u niej, w Czernichowie. Wieczorem wysyła zdjęcia z podwórka jej siostry, w tle widać unoszący się dym ze zbombardowanego lotniska. Już cicho. Dzieci śpią.

26 lutego 2022, 3. dzień wojny

Alona pisze, że wychodzi z synkiem na podwórko. Kiedy w oddali słychać wybuchy, mówi małemu, że zbliża się burza, że muszą iść do domu. Być może będzie padać. Na szczęście 2,5-letni Jarosław nie zdaje sobie sprawy z tego, co tym razem spadnie z nieba.

27 lutego 2022, 4. dzień wojny

– Alona! Jak się macie? Nic Wam nie zagraża?

– Od czasu do czasu w okolicy słychać wybuchy. Nasza armia dzielnie się broni. Coraz częściej włączają się syreny.

Piszę jej, jak wiele u nas się dzieje. Wszyscy bardzo ich wspierają, przyjmują do domów rodziny, zbierają pieniądze, dary, nawet transmisje meczów w telewizji kończą się zawsze słowami: Solidarni z Ukrainą! Alona dziękuje. Pisze, że Ukraińcy też maksymalnie się wspierają. W Czernichowie więcej jest osób chcących walczyć niż uzbrojenia.

4 marca 2022, 9. dzień wojny

– Alona, bardzo się martwię… W Polsce piszą, że Czernichów jest mocno ostrzeliwany… Jesteście bezpieczni?

– Wczoraj i dziś rano była seria ataków samolotów. Dużo osób zginęło. Nasza armia zestrzeliła dwa samoloty. Dziś cisza.

13 marca 2022, 18. dzień wojny

– Hej, żyjemy. Teraz jedziemy do Czerniowców. Nie wiemy, kiedy uda nam się tam dotrzeć. Jest nas szóstka. Ja, mama, moja siostra i trójka naszych dzieci. Jak myślisz, czy uda nam się znaleźć mieszkanie w Poznaniu? Jesteśmy strasznie zmęczone. W nocy po kilka razy schodzimy do schronów. Musimy uciekać. Musimy chronić dzieci.

– Jeśli tylko będziesz wiedziała, kiedy i jak dotrzeć do polskiej granicy przyjeżdżamy po Ciebie od razu. Skupcie się na bezpiecznym dotarciu do Polski, tu droga już prosta. Wszystko już ustalone. Będzie dobrze. Czeka na was mieszkanie u mnie i u mojej przyjaciółki.

14 marca 2022, 19. dzień wojny

– Jutro o 6 rano wyruszamy na polską granicę. Jeśli wszystko będzie ok, w południe powinniśmy być w Polsce. Droga zajmie nam około sześć godzin. Mamy tylko dwie walizki i każdy zabrał ze sobą mały plecak. Jutro będę pisać, gdzie jesteśmy.

15 marca 2022, 20. dzień wojny

Dotarli. Zmęczeni, smutni, niepewni jutra. Wojna dopiero się rozkręca…

Alona na co dzień pracuje na uczelni. Jest doktorem habilitowanym. Mówi po polsku, angielsku, ukraińsku i rosyjsku. Ma możliwość podjęcia pracy, rysują się też dla niej możliwości wyjazdu za granicę. Jej siostra jest niesamowicie utalentowana, także pracuje na uczelni, niestety nie zna polskiego. Mówi, że wszystko jedno, gdzie zacznie nowe życie i tak zaczyna od zera. Babcia miała nadzieję, że umrze w Ukrainie. Teraz niczego nie jest pewna. Nawet gotowanie obiadów dla całej rodziny nie daje jej ukojenia. Roztrzęsiona odbiera każdy telefon z domu. Nie może czytać wiadomości. Dzieci miały szczęście… Nie widziały na żywo zrównanych z ziemią miast, trupów na ulicach, nie żegnały swoich najbliższych. Bawią się z naszymi, kopiąc piłkę na podwórku. Niebawem pójdą do szkoły. Albo u nas, albo za granicą. Tam, gdzie zaniesie ich wojenny pył. Mężowie zostali w domu. Walczą na froncie. Codziennie pytamy jak długo jeszcze? I z jakim skutkiem? Takich Alon pewnie wielu z nas spotkało już na swojej drodze kilka. Tak bardzo staramy się im pomagać, tak wiele w nas zapału i nadziei. Dziękuję wszystkim, którzy w tym trudnym czasie zdają egzamin z człowieczeństwa. Oby kolejne egzaminy przyszło nam zdawać równie skutecznie. Alona z rodziną także mają na to nadzieję.

Anna Bernaciak

Tak bardzo staramy się im pomagać, tak wiele w nas zapału i nadziei…Na zdjęciu Anna Bernaciak i jej przyjaciele z Ukrainy. Od lewej: Alona z synem Jarosławem na kolanach, Alla, Anna Bernaciak i babcia Julia  
fot. Zb. Anny Bernaciak

 

 

Czy warto?

Piszę, ponieważ może ktoś, podobnie jak ja jeszcze tydzień temu zastanawiał się, czy warto jechać na granicę, aby pomóc, przywieźć ukraińskie mamy z dziećmi do Poznania, żeby przeczekały bezpiecznie z dziećmi trudne czasy w Ukrainie. Od razu mogę stwierdzić – tak warto! Nawet gdyby to miało być jedno dziecko, to na prawdę warto poświęcić swój czas i pieniądze, aby pomóc.

W ubiegłą sobotę ok. 6.30 rano wraz z kolegą – Piotrem Giszczyńskim wyjechaliśmy na granicę polsko-ukraińską do Hrebennego. Pojechaliśmy 8-osobowym busem, udostępnionym przez gnieźnieńską firmę TREPKO – dziękuję bardzo Agnieszce Libner, która wsparła nasz wyjazd autem z pełnym bakiem paliwa i nie tylko. Piotr zorganizował maskotki dla dzieciaków, powerbanki oraz różne gry. Ja zorganizowałem plecaki dla dzieciaków wypełnione również powerbankami, zeszytami, kredkami, długopisami, itp. Do całej wyprawy przyłączył się także mój super kuzyn – Waldek Maćkowiak, który przygotował dwa pełne kartony najróżniejszych batoników, ciastek, przekąsek słodkich i słonych oraz najróżniejsze soki, napoje dla dzieci – po prostu od koloru do wyboru.

Z całym asortymentem pojechaliśmy z Piotrem na granicę, gdzie najpierw, tuż przed granicą spotkaliśmy policjantów z bronią automatyczną, którzy skierowali nas w odpowiednie miejsce. Zastaliśmy tam dokładnie to, co widzieliśmy wcześniej tylko w TV. Początkowo nie wiedzieliśmy, z kim się skontaktować, żeby zabrać ze sobą matki z dziećmi w podróż ich życia, ale bardzo szybko okazało się, że na miejscu jest sporo otwartych i dobrych ludzi, którzy robią wszystko, aby jak najszybciej i najlepiej pomóc biednym uchodźcom. Chodząc wśród matek z małymi, zmęczonymi dziećmi, rozmawialiśmy z wolontariuszami o tym, że przyjechaliśmy z Poznania i możemy zawieźć bezpośrednio do poznańskiej Areny sześć osób, informując, że w samochodzie mamy również foteliki dla dzieci. Dzięki pomocy dwóch wolontariuszy zorganizowano nam dwie rodziny – dwie mamy i czworo dzieci (jedna rodzina jechała trzy dni z Kijowa do naszej granicy). Po szybkiej rejestracji w radiowozie policjanci wyrazili zgodę na zawiezienie uchodźców do Poznania. Matki z dziećmi były niesamowicie skromne i niczego od nas nie chciały, prosiły tylko, żeby je odwieźć jak najdalej od granicy – od wojny. Do Areny dojechaliśmy tego samego dnia o godz. 23. Rodziny były przeszczęśliwe i niesamowicie wdzięczne za to, że im pomogliśmy. Na miejscu wolontariusze byli również mega, mega otwarci i pomocni.

Dzięki Piotrze, że po moim telefonie nie zastanawiałeś się ani minuty, czy jechać czy nie. Z kolei Tobie Agnieszko za użyczenie tak wygodnego busa, dzięki czemu dwie rodziny mogły przebyć podróż w naprawdę dobrych, wygodnych warunkach oraz opłacenie paliwa. Bardzo dziękuję mój kuzynie – na którego zawsze mogę liczyć – za pełne paczki dla tych dzieciaczków. Były przeszczęśliwe i bardzo się cieszyły ze wszystkiego.

Na koniec dziękuję Autostradzie Wielkopolskiej za możliwość bezpłatnego przejazdu. Pragnę dodać, że wyjazd był wart każdej minuty, każdej sekundy czasu poświęconego na bieganie i załatwianie różnych spraw oraz każdych pieniędzy.

Mam dwóch synów – dwunastoletniego Grzesia i siedmioletniego Szymonka. Wśród dzieci, które przewoziliśmy, byli chłopcy w ich wieku, dlatego chwilami czułem się, jakbym wywoził i ratował własne dzieci. Nigdy nie zapomnę ich podziękowań. Bez cienia wątpliwości przyznaję, że było warto…

Łukasz Stankowski

Lubonianin o otwartym dla wojennych uchodźców sercu – Łukasz Stankowski z synami Grzesiem i Szymonkiem
fot. Zb. Łukasza Stankowskiego

Redakcja GL

Gazeta Lubońska - niezależne pismo i portal mieszkańców Lubonia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.