Strona główna / Aktualności / Lubonianie na via ferratach

Lubonianie na via ferratach

Zamiłowani lubońscy turyści – Kinga Skrzątek i Paweł Ławniczak przez 25 dni ubiegłego roku czynnie spędzali wakacje podróżując po Niemczech, Szwajcarii, Francji, Czechach… W ciągu ponad trzech tygodni przejechali wówczas 4 900 km samochodem, w tym kilka przełęczy położonych ponad 2 000 m n.p.m. i 300 km rowerami. W czasie tegorocznego urlopu przejechali przez siedem krajów w 22 dni, 3 900 km samochodem, ok. 400 km rowerami, przeszli dziewięć kolejnych via ferrat.

Podobnie jak przed rokiem głównym celem Kingi Skrzątek i Pawła Ławniczaka były via ferraty – szlaki turystyczne o charakterze wspinaczkowym, wyposażone dla celów autoasekuracji w linę stalową. W języku polskim via ferrata czasami jest określana jako żelazna perć. Te popularne w wielu europejskich państwach, m.in. we Włoszech, Niemczech, Francji, Austrii, Słowenii, Szwajcarii i Hiszpanii szlaki górskie wyznaczone zostały w skałach, a zatem miejscach potencjalnie dostępnych tylko dla wspinaczy. Jednak dzięki zainstalowanym sztucznym ułatwieniom – od stalowej linki wyznaczającej przebieg szlaku, po wiszące mosty – mogą je pokonywać turyści. Jednak nie wszyscy. Żeby bezpiecznie pokonywać tego typu szlaki niezbędny jest zestaw via ferrata (wraz z umiejętnościami sprawnego się nim posługiwania). W skład zestawu ferratowego wchodzą: uprząż wspinaczkowa, mocowana do niej lonża na via ferraty, kask wspinaczkowy, rękawiczki oraz dodatkowa lonża tzw. odpoczynkowa.

(PAW)

 

Wakacje 2023

Plan wyprawy opracowany, miejsca dokąd dojechać zapisane i zapamiętane. Ponieważ czerwiec to czas jeszcze przed typowym sezonem urlopowym żadnych miejsc na kempingach nie rezerwujemy. Na wcześniejszych wyjazdach się to sprawdziło, zatem teraz też nie powinno być problemów, najwyżej będziemy improwizować na bieżąco. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że trasę tak szybko będzie trzeba zmodyfikować.

Dzień wyjazdu (sobota, 3 czerwca). Wszystko już zapakowane do samochodu, pogoda świetna, czas zacząć długo wyczekiwany urlop. Tym razem nie wyjeżdżamy wczesnym rankiem, tylko wczesnym popołudniem. Pierwszy przystanek w Niemczech po ponad 600 km jazdy, trafiamy bez problemów, gdyż miejsce jest nam znane – Hirschbach – podobnie jak rok temu tutaj się zatrzymaliśmy. Teraz docieramy w godzinach wieczornych, robimy obiadokolację i zmęczeni drogą kładziemy się spać.

Rano piesza wycieczka po okolicy i przechodzimy pierwszą via ferratę tego wyjazdu, której rok temu nie dokończyliśmy. Teraz zaliczona. Ruszamy dalej. Kilka godzin w samochodzie, wjeżdżamy do Szwajcarii, kupujemy na granicy winietę autostradową i dojeżdżamy na kemping w Lucernie. Z kempingu jest kilka kilometrów do centrum, więc niedługo później przesiadamy się na rowery i jedziemy zobaczyć Lucernę. Stare miasto najbardziej znane jest z krytego drewnianego mostu Kapellbrücke poprowadzonego ukośnie przez rzekę Reuss, z przylegającą do niego kamienną wieżą, to najstarszy most drewniany w Europie. Kawałek dalej jest kolejny kryty drewniany most – Spreuerbrücke, odrobinę młodszy. Rzeka Reuss wpływa do Jeziora Czterech Kantonów, które będzie nam dane jeszcze podziwiać z znacznie większej wysokości. Wracamy już po zmroku.

Na kolejny dzień jest w planie wejście na szczyt Pilatus górujący nad miastem. Zamiast wjeżdżać tam kolejką linową lub szynową – zębatą (o największym nachyleniu torów na świecie) my wchodzimy górskim szlakiem. Według legendy pochowany na górze został Poncjusz Piłat, a według innej legendy góra była siedzibą smoków i symboliczny smok jest odwzorowany w ułożeniu posadzki na głównym tarasie. Poniżej szczytu jest hotel, sklepiki, restauracje, ale i ciekawie poprowadzone w skałach ścieżki, tunele i punkty widokowe. Schodzimy do samochodu tym samym szlakiem, mijając po drodze jedynie kilka osób.

Następny dzień to przejazd do Francji, w okolice Annecy. Po drodze zatrzymujemy się i na rowerach zwiedzamy Lozannę położoną na brzegu jeziora Genewskiego, która udowadnia, że w środku miasta potrafią być bardzo strome i męczące podjazdy. Kręcimy się trochę po starym mieście, zwiedzamy katedrę, oglądamy panoramę miasta i wracamy ścieżkami wzdłuż brzegu jeziora do auta. Popołudniu docieramy na sympatyczny kemping przy jeziorze Annecy, zostajemy tu na kilka dni. Centrum miasta Annecy, nazywane też Alpejską Wenecją, jest bardzo malownicze z wąskimi uliczkami starego miasta, kawiarniami, sklepami z pamiątkami i restauracjami co krok, a uroku dodaje mu przepływająca rzeka Thiou wraz z jej odnogami przez które poprowadzono liczne mostki. Na jednej z wysepek utworzonych na rzece stoi Palais de l’Isle – pałac z historią sięgającą XII w., w którym obecnie istnieje muzeum i który jest najczęściej fotografowanym obiektem w mieście. Jezioro z turkusową wodą, plażami i hotelami wokół, kąpieliskami, promenadą, widokiem na otaczające góry, ścieżkami pieszymi i rowerowymi przyciąga nie tylko w upalne dni. Korzystamy też z okolicznych via ferrat.

W planach na kolejne dni było zwiedzanie francuskich i szwajcarskich Alp, jednak nadchodzący niż z opadami i niskimi temperaturami, obejmujący zasięgiem większość Szwajcarii spowodował, że trzeba wszystko zmienić i dlatego udajemy się w zupełnie innym kierunku. Jedziemy na północ, do Alzacji, po drodze zwiedzając Berno. Spacerujemy po starym mieście, wpisanym na listę światowego dziedzictwa Unesco, nad którym góruje 100-metrowa wieża katedry (najwyższa w kraju), podziwiając widoki na rzekę Aare, tarasowe ogrody na zboczach i średniowieczną zabudowę. Później dojeżdżamy do kempingu, który sąsiaduje z przedziwnym miastem – Neuf-Brisach – to kolejne miejsce wpisane na listę Unesco. Na przełomie XVII i XVIII w. wybudowano ufortyfikowaną twierdzę o kształcie wieloramiennej gwiazdy w celu obrony granicy francuskiej. Obecnie wszystkie zewnętrzne fortyfikacje są zachowane, a wewnątrz umocnień jest miasteczko z ponad dwoma tysiącami mieszkańców i współczesną zabudową z rynkiem, kościołami, szkołami, sklepami i restauracjami, do którego wjazd jest możliwy jedynie przez trzy forteczne bramy. Ucieczka od zimna udała się aż za dobrze, teraz trafiamy na upały. Nie powstrzymuje to nas jednak od dalszego zwiedzania. W okolicy jest miasto Colmar, które z kolei jest nazywane Małą Wenecją. W centrum, gdzie mieszają się wpływy germańskie i francuskie, przy brukowanych uliczkach stoją zabytkowe domy o konstrukcji szachulcowej, a nad kanałami, którymi można przepłynąć łodzią, zwisają kwitnące kwiaty. Wśród licznych turystów słyszeliśmy nawet język polski. W Colmar urodził się twórca Statuy Wolności – Frédéric August Bartholdi – dlatego można też tu znaleźć ślady symbolu Nowego Jorku.

Sprawdzamy prognozę pogody i decydujemy, że przenosimy się do Austrii, wybieramy rejon, gdzie miast do zwiedzania jest mniej, a widoków górskich więcej. Trafiamy na kemping w niewielkiej miejscowości w Alpach Retyckich. Tam przechodzimy kilka via ferrat i przenosimy się w kolejne miejsce. Wjeżdżamy drogą widokową Silvretta Hochalpenstrasse na przełęcz Bielerhöhe (2037 m n.p.m.), a stamtąd robimy wycieczkę rowerową do schroniska Wiesbadener Hütte położonego na wysokości 2443 m n.p.m. – to nasz najwyższy punkt całego wyjazdu. Wracamy i zostajemy na noc na przełęczy nad jeziorem Silvretta-Stausee. W tym miejscu widzimy też uczestniczkę zawodów Red Bull X-alps wraz z zespołem wspomagającym. Zawody to rajd przygodowy rozgrywany z użyciem paralotni, prowadzący przez Alpy na dystansie ok. 1 200 km. W tegorocznych zawodach brał udział również polski zawodnik – Michał Gierlach, na mecie był na 19. miejscu. Zawodniczce, którą widzieliśmy nie przynieśliśmy szczęścia, ponieważ nie ukończyła zawodów.

Rano, po śniadaniu jeszcze krótki spacer po zaporze i mamy niespodziankę w postaci pokazu audiowizualnego w wykutym tunelu przy jeziorze. Następnie jedziemy dalej w okolice miejscowości Pfunds położonej bardzo blisko granicy szwajcarskiej i jednocześnie włoskiej, po drodze zaliczając jeszcze jedną via ferratę. Tego dnia, na miejscu, wystarcza jeszcze czasu, żeby zrobić niedługą przejażdżkę.

Następny dzień to rowerowa wycieczka do Szwajcarii, wzdłuż rzeki Inn. Szlak prowadził w górę rzeki, więc pierwsza połowa trasy to więcej podjazdów, co było dość mozolne, ale zrekompensowane nam to zostaje bajecznym widokiem z mostu na rzekę i panoramę miasteczka Scuol w otoczeniu alpejskich szczytów. Powrót był łatwiejszy z uwagi na jazdę wzdłuż rzeki w dół jej biegu. Po drodze zaświtał pomysł na następną wycieczkę – tym razem do Włoch.

Kolejnego dnia jedziemy kilka kilometrów i zaraz za przejściem granicznym z Szwajcarią pakujemy siebie i rowery do autobusu, który ułatwia nam pokonanie ostrego i męczącego, kilkukilometrowego asfaltowego podjazdu. Wysiadamy już we Włoszech, w miejscowości Resia nad sporym sztucznym jeziorem. Jadąc jednym brzegiem trafiamy na symbol regionu i turystyczną atrakcję okolicy – wystającą z wody dzwonnicę dawnego kościoła z zalanej wioski. Nasza wycieczka prowadzi ścieżką wzdłuż brzegu do następnej miejscowości, nad następne jezioro, z widokiem na ośnieżone szczyty tym razem Alp włoskich. Wracamy drugą stroną jeziora obok stacji narciarskich, przy których znaczącą część wjeżdżających kolejkami stanowili rowerzyści, co dowodzi sporej ilości tras rowerowych enduro i downhill. My omijamy te atrakcje i wracamy ścieżkami rowerowymi na nasz kemping w Austrii, po drodze trafiając na XIX wieczny fort z plenerową wystawą militariów i nieczynny tunel.

Zmieniamy miejsce i przejeżdżamy nad jezioro Millstätter, gdzie zostajemy kilka dni. Termometry wskazują wysokie temperatury zatem spędzamy czas na plażowaniu i kąpieli w jeziorze. Nie powstrzymuje to nas jednak od wybrania się rowerami dookoła jeziora.

Następnym naszym przystankiem jest kemping w Słowenii, w Alpach Julijskich. Byliśmy już tam kilka lat temu, zanim się dowiedzieliśmy czym są via ferraty. Jak się później okazało dwie z nich są w odległości kilku minut marszu od kempingu, tym razem chcieliśmy jedną z nich przejść. Jednak najpierw robimy sobie wycieczkę rowerową, przejeżdżamy do Kranjskiej Gory, obok znanej kibicom sportów zimowych mamuciej skoczni, aby docelowo przejechać na stronę włoską nad pięknie położone w otoczeniu drzew dwa jeziorka z błękitno-szmaragdową wodą i panoramą gór wokół.

Następnego ranka przechodzimy zaplanowaną via ferratę i opuszczamy Słowenię, kierując się już w stronę Polski. Przejeżdżamy przez Austrię i po południu jesteśmy już w Czechach. Trochę odbijamy od najkrótszej drogi i postanawiamy obejrzeć zamek Hluboká nad Vltavou. Zamek – perła czeskiego romantycznego neogotyku – o tej godzinie już był zamknięty, ale nawet tylko z zewnątrz prezentował się imponująco i bardzo okazale.

Postanawiamy przenocować na dziko i znajdujemy miejsce w pobliżu starożytnego kamiennego kręgu. Dopiero później się orientujemy, że właśnie ta noc, to Noc Kupały – przesilenie letnie. W nocy słyszę jakieś potępieńcze wycie, śmiechy i krzyki od strony starożytnego miejsca mocy. Możliwe, że odbywał się tam właśnie sabat i schodzili się potomkowie druidów na pogańskie obrzędy… Ale również prawdopodobne, że wycie to były podmuchy wiatru, a śmiechy i krzyki to okoliczna młodzież, która się wybrała na nocny spacer.

Po porannym posiłku jedziemy dalej i dojeżdżamy do już nam znanego kempingu w środkowych Czechach, gdzie spędzamy ostatnią noc naszej wyprawy. Ostatni dzień to tylko droga do domu, z małą przerwą na obiad w czeskiej gospodzie.

 

Wrażenia i liczby

Przejechaliśmy przez siedem krajów w 22 dni, 3 900 km samochodem, ok. 400 km rowerami, przeszliśmy dziewięć kolejnych via ferrat, najwyższą wysokością było 2443 m n.p.m., najniższą temperaturą ok. +5°C, najwyższą ok. +34°C, nocowaliśmy na ośmiu kempingach i w trzech miejscach na dziko.

Typ podróżowania, gdzie nie jesteśmy związani żadnymi rezerwacjami i ścisłym niezmiennym planem sprawdził się po raz kolejny, umożliwiając unikanie kiepskiej pogody i poznawanie kolejnych, ciekawych, urokliwych, zaskakujących i malowniczych miejsc. Tym razem ominęły nas kontrole policyjne i służb granicznych. Z wyjazdu wracamy z wrażeniami, odczuciami i widokami utrwalonymi w naszej pamięci i setkami zdjęć na kartach aparatów.

Paweł Ławniczak

 

Foto. Paweł Ławniczak

Paweł Wolniewicz

Sprawdź również

gen. Henryk Kowalówka fot. Zb. Muzeum Martyrologicznego w Luboniu

80. rocznica zamordowania gen. Henryka Kowalówki

4 czerwca o godz. 10:00 odbędzie się uroczystość upamiętniająca 80. rocznicę zamordowania w obozie karno-śledczym …

Zawody wędkarskie dla dzieci i dorosłych

Dnia 1 czerwca (sobota) na zalewie „Kocie Doły” w Luboniu, Zarząd Koła PZW „Lubonianka” organizuje …

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *