Elektromechanik/mechanik - autostrada A2 - oferta pracy -  Kotowo WGN Nieruchomości Berdychowski Volkswagen - Nowy T-Roc
Strona główna / Aktualności / Od tragedii minęło pół wieku

Od tragedii minęło pół wieku

We wtorek, 22 lutego minie 50 lat od katastrofy, do której doszło na wydziale produkcji dekstryn Wielkopolskiego Przedsiębiorstwa Przemysłu Ziemniaczanego (WPPZ) w Luboniu. W wyniku wybuchu, który wstrząsnął całym miastem, zginęło 17 osób, a 10 zostało poważnie rannych.

Geneza tragedii

Budynek, w którym doszło do eksplozji, zbudowali Niemcy na początku ubiegłego stulecia. Większość urządzeń znajdujących się w zakładzie przed 50 laty była bardzo stara, niektóre pamiętały początki istnienia przedsiębiorstwa, natomiast ich częsta awaryjność zmusiła ówczesną dyrekcję do zakupu nowych. Z powodu braku odpowiednich funduszy zakupiono nowe, niesprawdzone maszyny, które trzeba było przetestować. Niewątpliwie, w związku z wdrażaniem nowej technologii i przez ciągłe poprawki sprawiały one dużo problemów obsługującym je pracownikom. Wpływało to bardzo negatywnie na produkcję, dlatego w styczniu 1972 r. pracownicy nie otrzymali premii. Za wszelką cenę chcieli zwiększyć wydajność, często ignorując zasady bezpieczeństwa, wyłączając urządzenia kontrolujące np. zapylenie w pomieszczeniach. Po latach, z odtajnionych dokumentów Służby Bezpieczeństwa wynikło, że pracownicy doskonale zdawali sobie sprawę z zagrożenia oraz często informowali o tym przełożonych, którzy nie wykazywali chęci podjęcia działań mogących zapobiec tragedii. Za główną przyczynę eksplozji w toku śledztwa uznano źle funkcjonujące maszyny służące do produkcji dekstryny oraz mączkę ziemniaczaną sprowadzaną wówczas z Holandii. Z powodu innego procesu produkcji była ona bardziej zmielona, przez co  podczas obróbki pojawiało się więcej pyłu.

Na podstawie referatu „Zapomniana katastrofa w Luboniu” – Michał Banach (akta SB).

Potężna eksplozja

Katastrofa w WPPZ należy do najsłynniejszych katastrof PRL-u i jest największą w historii naszego miasta. Do dzisiaj nie zostały do końca wyjaśnione jej skutki i przyczyny. W nocy, 22 lutego 1972 r., kilka minut po godzinie 23 doszło tu do potężnej eksplozji pyłu powstającego podczas produkcji dekstryny. Czterokondygnacyjny budynek starej dekstryniarni został całkowicie zniszczony. Pod jego gruzami znaleźli się pracownicy trzeciej zmiany oraz kilku pracowników zewnętrznych. Na miejsce tragedii natychmiast przybyły jednostki Milicji Obywatelskiej, Wojska Polskiego, Służby Zdrowia, Zawodowej i Ochotniczej Straży Pożarnej oraz Zakładowy Oddział Samoobrony. Pamiętam, jak będąc wówczas trzynastoletnim chłopcem, zostałem wyrwany ze snu ogromnym hukiem, przerażającym dźwiękiem syren alarmowych i gwizdem znajdujących się na pobliskich torach parowozów. Wybiegłszy na ulicę, dostrzegłem nad miejscem katastrofy łunę powstałą na skutek pożaru, który zdołano ugasić dopiero nazajutrz. Wspólnie ze szkolnymi kolegami z sąsiedztwa udaliśmy się w kierunku zakładów, lecz po drodze, gdy byliśmy już blisko celu, zatrzymali nas milicjanci i nakazali wrócić do domu. Widzieliśmy tylko blask jak się później okazało reflektorów wojskowych i słyszeliśmy odgłosy prowadzonej akcji ratowniczej. Wkrótce dowiedziałem się, że wśród ofiar katastrofy byli najbliżsi moich znajomych, m.in. mama mojej szkolnej koleżanki Basi, córka powstańca wielkopolskiego Marcina Bordy – Wanda Grochowina.

Akcja ratownicza

Akcja ratunkowa trwała od wtorku do piątku, aż wyciągnięto spod gruzów wszystkich poszkodowanych. Uczestniczył w niej m.in. zmarły w ubiegłym roku Czesław Krajewski, którego sylwetkę przedstawiliśmy bliżej przed trzema miesiącami (czytaj: „GL” 11-2021, s. 33). Kiedy wybuchła dekstryna, pan Czesław ani przez moment nie wahał się, by pobiec na miejsce tragedii. Był członkiem zakładowej Ochotniczej Straży Pożarnej i na każdy sygnał spieszył do pożaru. Jak wspominał po latach – wybuch wyrzucił strop na ulicę, jego elementy można było znaleźć nawet na torach kolejowych, po drugiej stronie dzisiejszej ul. Armii Poznań. Gdy pan Czesław dotarł do zakładu gotowy do akcji, nie wiedział za co się najpierw zabrać. Słyszał jęki i krzyki ofiar katastrofy. Wkrótce pojawiło się więcej ludzi, z którymi wspólnie poszukiwał ofiar. Wszędzie było mnóstwo betonu i gruzu, a nocną akcję utrudniał również ogień. Nie pamiętał ilu rannych udało mu się razem z kolegami uratować, liczył, że 3 lub 4 kobiety.

Ówczesne media

W czasach PRL-u miało miejsce wiele katastrof i wypadków, które często mimo swojego ogromu, nie były znane opinii publicznej. Media, działające dokładnie według wytycznych władz, miały zakaz informowania o wydarzeniach, które mogłyby źle wpłynąć na „morale społeczeństwa”. Wychodzono z założenia, że wypadki zdarzają się wszystkim, tylko nie nam. W związku z tym zatajano informacje o katastrofach jak tylko się dało. Oczywiście nie zawsze się to udawało, a im bliżej lat 90. tym bardziej się to nie udawało. Jednak przed pół wiekiem doszło do katastrofy, która była jedną z najpoważniejszych w czasach Polski Ludowej, o której poza osobami bezpośrednio z nią związanymi mało kto wiedział.

(PAW)

fot. Zb. Czesława Krajewskiego
fot. Zb. Czesława Krajewskiego
fot. Zb. Czesława Krajewskiego
fot. Zb. Czesława Krajewskiego
fot. Zb. Czesława Krajewskiego
Czesław Krajewski uczestnik akcji ratowniczej
fot. Zb. Czesława Krajewskiego
Pomnik ofiar na terenie byłej fabryki WPZZ
fot. Paweł Wolniewicz
Podczas akcji ratowniczej po wybuchu dekstryny w WPPZ w w Luboniu w 1972 roku
fot. Zb. Czesława Krajewskiego

Paweł Wolniewicz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.