Strona główna / Aktualności / Jak to się mogło stać?

Jak to się mogło stać?

Z siłą rażenia równą co najmniej bombie gruchnęła na lokalnych grupach wieść, że burmistrz stawia w Luboniu wysypisko śmieci. Potem, że jednak spalarnię. Następnie, że w sumie nie burmistrz stawia, ale i tak ma z tym wiele wspólnego. Już wydała zgodę! A może jednak nie wydała, ale już jej za to zapłacono.

Największe zasięgi zyskiwały najbardziej sensacyjne posty w najbardziej anonimowym wydaniu. Zasiały już nie ziarno niepokoju, a z pół siewnika paniki w połączeniu z totalną dezinformacją. Jak to się mogło stać?

Po pierwsze i oczywiste – nikt nie chciałby oglądać przez okno czegokolwiek, co nie jest ładne, miłe dla oka i na dodatek potencjalnie brzydko pachnie. Wprawdzie wcale nie miało być to wysypisko (jeśli już to w sumie składowisko), ani tym bardziej spalarnia, ale kto by się czepiał szczegółów. Tutaj emocje są jednak wytłumaczalne, a nawet poruszenie mieszkańców godne pochwały, szczególnie w jego konstruktywnym wydaniu. Mieszkaniec bowiem, który wie o co chodzi, zadziała konstruktywnie. Będzie śledził etapy postępowania, zainteresuje sprawą sąsiadów, zadziała w odpowiednim organie (!) i na odpowiednim etapie (!). Będzie świadomym obywatelem partycypującym w procesie wydawania decyzji administracyjnej. W międzyczasie, zapewne zadzwoni do urzędu, dopyta, czy dobrze rozumie, upewni się odnośnie do etapu postępowania. Będzie, walcząc o swoje prawa, konstruktywnie walczył także o ochronę środowiska w mieście. Mieszkaniec, który nie wie o co chodzi, może zrobić dokładnie to samo, pod warunkiem, że będzie chciał się dowiedzieć u źródła… A źródłem w tym wypadku będą inni, którzy wiedzą, orientują się lub za wydanie tej decyzji są odpowiedzialni. Niekoniecznie „anonimowi uczestnicy” pierwszej lepszej grupy na fejsbuku. Ale w sumie, kto by się tym przejmował?

Zastanawiając się dalej, jak to wszystko mogło się stać – mam i po drugie – czasem łatwiej zaufać dostępnej, niekoniecznie wartościowej informacji, niż informacji rzetelnej, do której pozyskania trzeba włożyć trochę wysiłku. Napisał do mnie jeden z mieszkańców, który włożył tytaniczną pracę w pozyskanie informacji od szeregu organów. Organy owe grzecznie, acz stanowczo wskazały, że ze sprawą mają aktualnie niewiele wspólnego. Szacunek dla mieszkańca, że wykonał taką pracę.  Mógł się jednak poczuć nieco zawiedziony, że nikt z nim nie chce w tej sprawie korespondować. Ba, mógł się nawet poczuć „spuszczony na drzewo” takim „umywaniem rąk”. Nie były to jednak ani złe intencje, ani brak szacunku ze strony tychże organów. One faktycznie na tym etapie postępowania nie mają wiedzy o przedmiotowej sprawie. Takie prawo. Nie poradzisz.

Jak zatem szperać, to celowo. W tym wypadku Urząd Miasta był organem właściwym do udzielania informacji i faktycznie tylko tam można je było uzyskać. Ale… w tej akurat sprawie burmistrz był organem wydającym decyzję. Musiał zatem postąpić od początku do końca lege artis, informując o etapie postępowania i jego dalszych scenariuszach przebiegu, ale już nie o swoim stosunku do sprawy (jeśli już nawet prywatnie taki miał, choć w sumie jako organ decyzyjny w tym wypadku „nie powinien mieć”). Nie miał zatem żadnej formalno-prawnej możliwości, by opowiedzieć się po jakiejś ze stron (w sumie na tym etapie była tylko jedna – wnioskodawca). Mógł jednak postąpić w ramach obowiązujących go przepisów, dokładając niezwykłej staranności w analizie i badaniu sprawy oraz przygotowaniu stosownej dokumentacji. W międzyczasie jednak poinformował, także zgodnie z procedurą ustawową, o zakończeniu zbierania materiałów w sprawie – ergo (tu już wkracza tajemna wiedza prawnicza), nie będzie dalszego postępowania o wydanie decyzji środowiskowej, bo… prawdopodobnie już na tym etapie coś to uniemożliwia. Decyzja zatem w sprawie wszczęcia postępowania będzie negatywna. Składowiska na tym etapie, w tym miejscu być nie może.

I niby wszystko jak przysłowiowa kawa na ławę. Gdyby nie ten cały hejt, nie ta cała nagonka, nie to całe przerażenie zasiane w głowach tak wielu mieszkańców. Zasiane przez, podkreślam to z całą mocą, „anonimowych uczestników” lokalnych grup czy „anonimowych sąsiadów(?)”, wrzucających listy do skrzynek. I może dobrze, że zgodnie z naturą narodowych zrywów, pobudka była bolesna, ale mocno aktywizująca. Szkoda tylko, że zasiała wiele niepotrzebnego fermentu, dezinformacji i strachu wśród wielu mieszkańców nie tylko okolic Kocich Dołów, ale i całego miasta.

Po co to wszystko? I jak to się mogło stać? Pewnie długo można by jeszcze dociekać. Zawsze jednak niezawodnie działa sięganie do informacji rzetelnej i sprawdzonej, szukanie u źródeł i wyjaśnianie, zamiast rzucania słów na wiatr bez przyjmowania za nie żadnej odpowiedzialności. Czasem zbyt łatwo suniemy w wirze newsów, „bieżących doniesień”, dementi do dementi. Wzmianek o wykrytych kłamstwach, oszustwach, matactwach i spiskach. Podnoszą ciśnienie lepiej niż kawa. Pytanie tylko czy faktycznie tego potrzebujemy i tym powinniśmy się karmić? I czy da się potem znaleźć odpowiedź na pytanie – jak to się mogło stać?

Anna Bernaciak

Redakcja GL

Gazeta Lubońska - niezależne pismo i portal mieszkańców Lubonia.

Sprawdź również

Podsumowanie działań referatu profilaktyki Straży Miejskiej w Luboniu

„Jesteśmy i działamy dla was” to zadanie, które realizujemy już od ponad czterech lat, mając …

Wędrowanie z plecakiem pełnym dobra

Życie prowadzi każdego z nas różnymi ścieżkami. Lubonianin Paweł Zaremba postanowił swoją życiową wędrówkę połączyć …

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *