Auto serwis Wiry

Sprzedaż nieruchomości z wolnej ręki przy ulicy Krótkiej 8 w Luboniu

Berdychowski Volkswagen -  id5

Strona główna / Aktualności / Topi nam się bór w topinamburze

Topi nam się bór w topinamburze

Topinambur, nawłoć kanadyjska, rdestowiec ostrokończysty lub sachaliński to co najmniej tak chwytliwe „słówka” jak konstantynopolitańczykowianeczka czy Brzęczyszczykiewicz.

Nie tylko słowa brzmią zachęcająco, ale rośliny, które nazywają, wyglądają całkiem przyjemnie. Żółte połacie kwiatów (topinambur i nawłoć), parasolowate liście i łodygi przypominające wyglądem bambus (rdestowiec) mogą wpadać w oko. Niestety nie są przyjemne dla wprawnego oka przyrodnika. Każda z tych roślin to uciążliwy gatunek inwazyjny. Oznacza to, że są to rośliny, które zachowują się trochę jak nieproszony kuzyn na niedzielnym obiedzie. Wpada bez zapowiedzi, wyjada najlepsze kąski, zostawia po sobie mnóstwo bałaganu, a i jedzenie w jego towarzystwie nie jest najprzyjemniejsze. Tak właśnie gatunki inwazyjne zawłaszczają przestrzeń, w której wcale naturalnie nie występowały. Są ekspansywne i szybko się rozprzestrzeniają. Sprzyjają temu ich często niskie wymagania odnośnie do wilgotności, warunków glebowych czy nasłonecznienia. Stanowią zagrożenie dla roślin i zwierząt „gospodarzy”, występujących naturalnie w danych ekosystemach. Konkurują z nimi, często przyczyniając się do wyparcia lub nawet wyginięcia gatunków miejscowych.

Chyba pierwszą tego typu rośliną, o której było naprawdę głośno, był barszcz Sosnowskiego. Pochodzący z Kaukazu zawitał (lub może raczej został przywleczony) do Europy w pierwszej połowie XX wieku. Początkowo wiązano z jego uprawą duże nadzieje. Szybko jednak okazał się rośliną kłopotliwą, a docelowo także niebezpieczną. Zaczął się rozprzestrzeniać spontanicznie, powodując wiele negatywnych skutków. Oprócz wpływu na lokalne ekosystemy stał się też realnym zagrożeniem dla ludzi. Soki wydzielane przez barszcz Sosnowskiego pod wpływem wysokich temperatur mogą powodować dotkliwe i bolesne poparzenia, nawet w sytuacji braku bezpośredniego kontaktu z rośliną.

Topinambur, nawłoć kanadyjska czy rdestowiec nie mogą „się pochwalić” tego typu spektakularnymi dokonaniami, jednak nie umniejsza to ich inwazyjnego charakteru i zagrożeń, jakie ze sobą niosą dla rodzimej przyrody. Wypierają one gatunki rodzime, zabierając im przestrzeń, konkurując o wodę i składniki odżywcze w glebie, uniemożliwiając ich wzrost i regenerację. Przykładowo rdestowiec dzięki swoim bujnym, parasolowatym liściom i wysokim łodygom ogranicza dostęp do światła innym roślinom. Liście opadając, tworzą grubą warstwę, co ogranicza kiełkowanie siewek i rozwój innych gatunków. Co ważne – wprowadzanie rdestowca do środowiska lub przemieszczanie w środowisku jest zabronione przez ustawę o ochronie przyrody, a od 2012 roku także jego import, posiadanie, prowadzenie hodowli, rozmnażanie i sprzedaż wymagają specjalnego pozwolenia. Ktokolwiek nie przestrzega wymienionych ograniczeń popełnia wykroczenie podlegające karze aresztu lub grzywny pieniężnej.

Wspomniany rdestowiec występuje także w granicach administracyjnych naszego miasta. Ogrodnik miejska od kilku lat bacznie obserwuje jego stanowiska w przestrzeni publicznej. Właściwe postępowanie z nim ogranicza jego ekspansję, jednak docelowo może być niezbędna całkowita eliminacja. W przypadku tego akurat gatunku nie jest ona sprawą prostą. Koszony szybko odrasta, potrafi rozmnażać się nawet z bardzo małych fragmentów łodygi. Stosowanie środków chemicznych nie zawsze jest skuteczne (ma bowiem sięgające nawet do trzech metrów w głąb korzenie), a często także niemożliwe. Środków zawierających skuteczny w tym wypadku glifosat nie wolno stosować na terenie parków i terenów publicznych, a sam rdestowiec występuje także w dolinach cieków wodnych, co powoduje oczywiste ryzyko. Metody mechaniczne przynoszą wymierne efekty dopiero po kilku latach konsekwentnego stosowania.

Co będzie dalej z nieproszonymi gośćmi? Czas pokaże – mamy na nich oko. Na pewno jednak nie można ich pozostawić samych sobie, a zauważając je na terenie swoich ogrodów – zalecamy działać zanim będzie za późno.

Anna Bernaciak

Podczas plenerowego spotkania Komisji Ochrony Środowiska dr Anna Bernaciak (trzecia od lewej) wskazywała na problem występującego ekspansywnego, panoszącego się nad brzegiem Potoku Junikowskiego rdestowca, w okolicy ujścia potoku do Warty
fot. Paweł Wolniewicz

Redakcja GL

Gazeta Lubońska - niezależne pismo i portal mieszkańców Lubonia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.